niedziela, 26 kwietnia 2009

wBrew

Wracasz rankiem młodym jeszcze
Byłeś kochankiem złym a deszcze
Zraszają twój wzrok pełen łez
Rozprasza krój mroku bez
Gdzieś w oddali na sali zostawiłeś
Pieśń której słowa cytowali i się zagubiłeś
Też
Myślisz o sobie samotny wędrowiec
W 3 osobie, bo w pierwszej się gubisz
A w 2giej masz kolegów
Już dawno przestałeś być kolegom siebie
W tych sekundach zapomnienia
Zdarzyć się może
Żal że matka dopuściła cię do urodzenia
Cofnij ten błąd Boże
Skoro jesteśmy wszyscy nadzy jak nasze sumienia
Dlaczego ubieramy je, to wpędza mnie w zdumienia
Wpędza mnie w kompleksy, to że łamie wciąż kodeksy
Chcę tłumaczyć się jak Oleksy,
Ale chyba nie mam przed kim
Świat mnie wciąga, on staje się lepki
Lepkość tego świata rozumieją kobietki
Rzeczywistość anakonda jest groźna
Pochłania żywcem
Przestajemy się dziwić i marzyć
Przestajemy śnić, darzyć
W tych snach ważyć, rozważać wartościować
Robimy się starzy jak teściowa pijąc browar
Przyrównując towar niewieście
Jest jeszcze wcześnie, już brakuje mi młodości
Gdy świat był prosty, prostszy od nagości
W grach był pościg tylko i strzał do Złych gości
Dziś strzał oddał bym wielu gdybym wybierać miał
Mam dość ich
Patrząc w około nie mogę powstrzymać złej skłonności
Lecz nie bacząc na to, zlewam na fałszywe skromności
Zenit rozmazuje mi się na horyzoncie mowy
Szaleje kompas, błędnik naćpany, mam zawroty głowy
Krew mi leci z nosa i znów zatracam sens
Brew podnosi zbocza górskie, odrywam tego kęs
I zjadam moją pewność siebie ze smakiem
Z takim który czujesz gdy jesz makowca z makiem
I ty wiesz że tyjesz i nie ukryjesz tego
Jednak nadal podnosisz brew by sen przerwać kalekom

sobota, 18 kwietnia 2009

Wszystko nie tak

Sam już nie wiem czego
Zazdrościć mogę kalekom
Bezwonnie otwieram wieko
Potykam się i tęsknie wiekom
W których można było mleko
Bezkarnie pić, żyć i czynić
Bez lateksu
Spadki ze schodów kosztem sensu
Sąsiadki spodem spódnicy z klatki
Wyrwać, te młode matki
Dziś więcej stanowią gadki niż gatki
Coraz łatwiej iść za to za kratki
Z urzędu obrońca?
Zbyt jaskrawe promienie słońca
Jak złe posłanie od gońca
Smak triumfu, ale nie bielizny
Poczuj na sobie wzrok mężczyzny
Dziewczyno z bloga
Marsz w szyku w mych krokach
Każdy gest twój zapisują w logach
Każdy twój oddech, kapujesz ?
Nawet ślinę kiedy plujesz
Wolności dziś nie ma
Głucha ślepa niema, wciąż widzi
Wciąż słucha
Wciąż deja vu mam co dzień
Wizje jak nałogowiec na głodzie
I silniejsze jest ode mnie to to
Lepiej dogaduje ludziom niż robotom
Ostrzejszy wpada zawsze w błoto
Tępszy jest sprytniejszy
Chociaż nadal jest idiotą
Wyższy często nisko spada na motor
A karzełek tylko laski i cieszy go to
Z zazdrości marca kotom
Wyrosły, zamiłowania wiosny
Rotom nazwij tę rotację, kalejdoskop
Gdzieś zabijam się, było bosko
Oscyluję w słowie jak oscyloskop
I boję się o moją chorobę morską
A także czy zawitam portom tylko
Czy wioskom
Czarny ekran miga w oczach
jak stroboskop
Cisza, szumi mi w uszach
Bezwonne powietrze śmierdzi w nosie
Woda destylowana, jest dziś gorzka

piątek, 17 kwietnia 2009

Nici z piątkowych baletów

Zgorzkniały jak stary kawaler [jestem]
Mam to w dupie i tamto też
Wszystko wale, wiesz, ostry wers jak jeż
Z czym to zjesz? Jak te dary!
Czyny nie mierz! na zamiary..
Ludzie to jebani hipokryci stary
Morały spleśniały jak dojrzewający ser
Dojrzewające laski śmierdzą jak PRL
Łapaj te które smrodem gaszą swoją urodę, Ę?
Spiętrzone prymy mieszają mi się w słowieee
Pieprzone rymy tylko zostają w głowieee
Zniszczone wersy, a pośrodku ich człowiek
Wypisz rewersy, podzielim się po połowie
Tymi pozycjami książkowymi z kamasutry
Błędnym rozumowaniem który poławia kutry
Wciąga je pod wodę i leżą one na dnie
Bo każda głupia dupa jak usłyszy to, to padnie
A owszem i oto idioto zgadniesz
Kto to zakłada że motto brzmi dzisiaj ładnie
Ot to Otto na śmietniku w twej głowie
W rowie leżysz, okiem mierzysz, wiarę
Wierzysz, weź! złam skalę Jerzy!
Jeżysz się jak jeżyk co ostry jest jak wers
Uchem i brzuchem nieżyt masz jak Żyd
Kiedy chcesz
Atakuj sobie pluj gdzieś kiedyś mnie złapiesz
W ógle wchodzę na google i po głowie się drapie
Serwisy sieciowe łapią za dupę, łapią za papier
Podcierają kupę która do kibla kapie
Wyciągają dłonie liczą że coś im skapie
I w życiu każdy gra jak cyrkiel na mapie
Każdy wpija się i mija, wykrzywia wybija
Zabija
Robi przy tym syk jak żmija i wymyk
Na tych kijach, 7 lat do zmiany KIA
Rozwijam tę myśl bo ciężko ją zwijać
Natłok bzdur w głowie męczy mnie i wkurza
Burza, biustonosz push-up, jeszcze raz burza
W szklance wody mam pioruny dla wygody
W szklance mam kagańce, znów dziś nie idę na tańce

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Uderzam w miasto

Samotna dziewczyna pyta mnie
Gdzie moja dziewczyna
Jestem sam, dziwi się..
Dlaczego jestem sam?
( Nie wiem co mam jej powiedzieć..
Nie jestem chamem
Nie potrafię zawalczyć o swoje
Laski są okrutne
Chce mi się płakać jak Jakubowi
Faceci bez wartości otaczani
Przez kobiety bez poczucia wartości
Tak na baletach niestety jest
The best że w życiu jest tak samo
Życie + balety jak kariera + Dyzma )
Ten tekst, sprawia że sypie się pryzma
I trudno mi się przyznać
Odpowiadam że nie lubię związków
Bo nie lubię ale
Wynikiem jest to strachu że coś spieprzę
A nie
Wyboru że lepsze
Chlanie, potem rymowanie o tym.


Nadal i chyba nigdy nie zrozumiem tego podejścia
Dobrze wiemy obaj ze skłamałbyś gdybyś jej nie chciał!
Kiedy biegniesz na autobus myślisz sobie rano
O mamo stop omamom, ej gamoń jak chleb z ramą…
Pieprzony Internet zawyżył mi wymagania
Teraz nie wystarczy mi tylko piękna buzia
Do chlania
Kieruje mnie znów takie myślenie
Jest za stara, jest za młoda
Jest stres jest swoboda
Też wers że szkoda
Bo trochę zbyt głupia lub zbyt mądra
To staje mi w gardle jak kłoda
Kołdra
Po co kołdra? latem?
Znów mam te pieprzone rozterki
Przekleństwo intelektualisty
Nie umiem się zdecydować wypełnić
Zdecydowaniem jak skrzynka na listy
I kiedy rozglądam się miastem idą te młody dupy
Mam ochotę wsypać 15 gram
Gałki muszkatołowej do chińskiej zupy
Kiedy idą te chińskie laski
A chodzą mi, tylko po głowie
Mam ochotę rozpędzony autem skończyć w rowie
Zagryźć to wszystko muchomorem
I zanim za bardzo uderzy odurzyć się w porę.


Zanim uderzę w miasto
Oburzę się tą burzą którą zapowiedzieli ciasno
Obrzucę winą tych synoptyków co krakają
I craka napisze, dla ludzi, niechaj mają
I wraka mojego zatankuję jak pająk
Draka rzyga w muchę powiadają
Buraka klepnę w łep pełen łąk
Burak co zasłużył na gong
Spłucze pot z moich rąk
I już prawie idę stąd
Nawiew w swąd
Zamienia ląd
I ład błąd
Skład
I już mnie tu nie ma.